środa, Lipiec 18, 2018
0
  • No products in the cart.
Bez kategorii

Wbrew Obiegowej Opinii: Maraton – okrutna prawda

Drugą połowę maratonu w Dębnie pokonałem ulgalołejem. Trochę biegłem, trochę maszerowałem. Nie miałem ochoty na zderzenie ze ścianą, więc gdy tylko pojawiała się w pobliżu, zwalniałem. 145 minut marszobiegu to wystarczająco długi czas, żeby sobie wszystko dokładnie przemyśleć.
Może włożę teraz kij w zbiegowisko, ale…

Wyszło mi na to, że bieganie maratonów jest bez sensu. Nie wszystkich maratonów i nie przez wszystkich ludzi, ale na pewno bez sensu jest bieganie ich przez takich ludzi jak ja.
Poniższy wpis ma na celu obrażenie przede wszystkim mnie, ale jeśli ktoś jeszcze poczuje się obrażony, będzie to dla mnie prawdziwy zaszczyt.
To, że ukończyłem maraton, wcale nie oznacza, że jestem wysportowanym człowiekiem. Może to jedynie oznaczać, że wyrobiłem w sobie umiejętność jako takiego przetrwania w nieco trudnych warunkach. Ale wysportowany to ja nie jestem. Sylwetce sporo brakuje do ideału, brzuszek cały czas otacza porządna warstewka tłuszczu. Jakże byłem podobny do moich maszerujących towarzyszy! Były to albo grubaski, które zrzuciły już kilka czy kilkanaście kilo. Ale wciąż za mało. Albo chucherka, które mimo braku jakichkolwiek mięśni ruszyły rozprawić się z królewskim dystansem. Do mety pchała nas tylko siła woli, a nie siła mięśni. Jeden mocniejszy podmuch wiatru zwiałby nas wszystkich do rowu i już byśmy się stamtąd nie wygrzebali.

Zacząłem się wtedy przyglądać moim towarzyszom. Żadnemu z nich nie zazdrościłem sylwetki. Ci, którym mógłbym jej zazdrościć, od godziny odpoczywali na mecie. Za to ja i moi znajomi w niedoli wyglądaliśmy jak stado wycieńczonych owieczek. Za czym biegniemy? Nie wiemy – trzeba by spytać tych, co biegną przed nami. A oni za czym biegną? Ktoś zna tego pierwszego, który dał nam sygnał do biegu?

Po co biegamy maratony, skoro nie jesteśmy w stanie ich pokonać? Po co biegamy maratony, skoro możemy je co najwyżej ukończyć albo zaliczyć?

Startuję w maratonie, bo chcę pokonać siebie? A co – taki agresywny jestem, żeby trzeba było mnie pokonywać? Mam walczyć ze sobą? Albo walczyć ze swoimi słabościami? A po cholerę to komu? Nie lepiej walczyć (ramię w ramię) ze swoją siłą? Nie pokonywać siebie, tylko maraton?
A może by tak najpierw nauczyć się biegać?

Coś mi się wydaje, że te maratony ktoś nam wmówił. Nam – koleżankom i kolegom z czasami grubo powyżej czwórki. Wydaje nam się, że nie musimy biegać lepiej, do mety zawsze się jakoś dotoczymy. Ale umówmy się – maraton jest w stanie ukończyć niemal każdy. To żaden wyczyn. Ale maraton pokonać, postawić mu swoje warunki, mogą tylko osoby porządnie przygotowane. Wysportowane. Im więcej mam tłuszczu na starcie, tym większą spotkam ścianę. Im większe mam zaległości w treningu, tym bardziej będę cierpiał. Ściana to okrutna sprawa. Zmaganie się z nią odziera z godności. Mijałem wiele osób, które przytuliły ścianę. Każda z nich miała w oczach prośbę o pomoc. Ale jak można im pomóc? Pewnie już sobie wizualizowali, jak biorę ich na ręce, zanoszę do taksówki, gdzie czeka już zimny browarek i ciepła pizza. Ale nie – musieli dotrzeć do mety sami. Cierpieli jeszcze długo. Pewnie dotarli do mety, dostali medal, wrzucili zdjęcie na fejsa, a do dzisiaj nie mogą chodzić. Ale czy to było tego warte?

Kojarzycie takiego biegacza Andy’ego Dufresne’a? Nie? Pewnie dlatego, że nie był biegaczem. To bohater filmu „Skazany Na Shawshank”. Niesłusznie skazany i osadzony ucieka z więzienia. Ucieka kanalizacją. Wymyka się wielką rurą, która w czasie burzy wypełnia się deszczówką, fekaliami, uryną i innymi izotonikami. Potężna rura wypluwa Andy’ego do rzeki. Po latach więzienia w końcu jest wolny.

Zderzenie się ze ścianą na maratonie – gdy nie mamy sił jej się przeciwstawić – ma w sobie tyle samo uroku, co przeciskanie się przez wypełnioną gównem rurę. Andy’ego to nie ruszało – właśnie odzyskał wolność, udało mu się oszukać tych, którzy wiele lat oszukiwali jego. Ale jaką frajdę z takiej kąpieli ma nieprzygotowany maratończyk?

A gdyby tak odpuścić bieganie maratonów? Skupić się na krótszych dystansach? Skoro, choć to często zabawne albo i żałosne, tak bardzo zależy nam na życiówkach, to może najpierw porządny ogólnorozwojowy trening? Konkretne akcenty w treningu biegowym i ocenianie swojej formy na podstawie regularnych startów? Może najpierw dopieścić wyniki na 10 km i w półmaratonie, a dopiero później szarpnąć się na maraton?
Tak rzucam pod rozwagę. A teraz biorę swoje gumy do ćwiczeń, trochę se pomacham w domu, a później żwawa przebieżka.